aktualności

C.F.N. - relacja


Tomasz Makowski i Paweł Jędrzejczyk zdobyli pasy Mistrzów Świata. Emocji nie zabrakło też w walkach rankingowych. Zapraszamy do KiBo-relacji!
Kategoria: K-1
Napisał: admin

Z racji na liczne sportowe zobowiązania mojej Agencji Marketingu Sportowego GwiazdaSportu.pl (Puchar Polski w szpadzie) - dotarliśmy na galę dość późno. Niestety nie obyło się bez problemów - podjechaliśmy do ośrodka MOSiR w Nowej Soli. Cicho i ciemno, zero samochodów. Coś tu nie gra... zapytaliśmy przechodniów, czy wiedzą gdzie jest inna hala sportowa. "Tam, gdzie ma walczyć Maku? Bo dzisiaj się bije! Zaraz dopytam kolegów, na pewno wiedzą" - to jednoznaczny dowód, że Tomasz Makowski jest bardzo popularny w Nowej Soli. Po szybkich uzgodnieniach, ruszyliśmy już w dobre miejsce.

A działo się tam trochę więcej - straż miejska zablokowała już całą uliczkę przed halą, gdyż była "przepełniona". Stanąć musieliśmy za rogiem, ale fakt takiej popularności wydarzenia, któremu KiBo.pl patronuje - mógł tylko cieszyć. Biegniemy zatem na halę!

Powitała nas pełna hala kibiców, emocje sportowe wisiały w powietrzu. Ale nie ma czasu rozglądać się dookoła, trzeba skupić się na ringu - bo zaraz wychodzi Łukasz Boom-Boom Pławecki (K-1 Rules, kat. 69,9 kg). Przeciwnik Boom-Booma zmienił się na dzień przed walką, niewiele wiedzieliśmy o 23-letnim Glebie Wehrbergerze (Niemcy). Rekord ponad 80 walk zapowiadał, że jest doświadczony, jednak Pławecki też debiutantem nie jest. Gong i pierwsze starcie!

Polak narzucił swój styl walki, widać było przegląd sytuacji i opanowanie. Celniej atakował, zachowując pełną asekurację w obronie. Choć Niemiec próbował groźnie kopać kolanami, szczelnej gardy zawodnika Halnego Nowy Sącz nic nie ruszało. Kontrował, kombinacjami podkreślał swoją przewagę. Po jednym haku na wątrobę wydawało się, że Wehrberger wyląduje na deskach, jednak umiejętnie "skleił się" i przetrwał kryzys. Narożnik Boom-Booma nakazywał zachować ostrożność i nie podpalać się, co góral skrzętnie realizował. Po infekcji wirusowej sprzed 2 tygodni (tuż przez Angels of Fire VI) - już nie było śladu. Sędziowie też tak sądzili i przyznali jednogłośne zwycięstwo Boom-Booma. Mecz Polska kontra Reszta Świata rozpoczęty od 1-0 dla biało-czerwonych!

Drugą walką meczu było starcie Gerarda Lindera (Black Dragon Bielsko-Biała) z Marosem Pacanem w formule Full-Contact (kat. 60 kg). I znowu kibice nie mogli narzekać - Polak rozpoczął od szybkich ataków i od początku to on miał inicjatywę. Młody Słowak nie dał się jednak złamać - kontrował i groźnie wykorzystywał każdą chwilę nieuwagi Lindera. Wyrównana walka, jednak punktowa przewaga była wyraźna i widoczna. Werdykt - i mamy 2-0 dla Polski.

W trzecim pojedynku powróciła twarda formuła K-1 Rules. Na ringu pojawili się młodzi zawodnicy, bez większego doświadczenia w walkach zawodowych, jednak z sercem i chęciami do godnego zaprezentowania się publiczności. Rękawice skrzyżowali Dawid Kościelak (Gladiator Bydgoszcz) z Robertem Rajewskim (Rajewski Team Płock). Płocczanin został wystawiony na odważną próbę - ledwie dwa tygodnie po ciężkim nokaucie z ręki Damiana Krawczyka na Angels of Fire VI. Lecz to wpłynęło bardziej na Kościelaka, który próbował powtórzyć styl Krawczyka i pocelować przeciwnika ciosem zamachowym. Jednak Rajewski tym razem trzymał szczelną gardę i nie odsłaniał szczęki. Kopał za to silne low-kicki, w wymianach bokserskich również nie ustępował, wykorzystując swoją przewagę wzrostu i zasięgu. Po wyrównanych trzech starciach, sędziowie mieli podzielone zdanie - jednak stosunkiem 2-1 zdecydowali, że to ręka zawodnika z Płocka pójdzie do góry. Puchar wręczyła znana projektantka mody, Ewa Minge - a przed młodymi wojownikami na pewno jeszcze sporo pracy i sukcesów!

Po tym krajowym pojedynku rankingowym, między liny powrócił mecz Polska vs. Świat. Tym razem w formule low-kick (zabronione kolana), czyli klasycznym kickboxingu - zmierzyli się Eliasz Jankowski i Zdenek "Wampir" Slehober (Czechy). Powtórzył się scenariusz z dwóch pierwszych pojedynków, gdy to gospodarze narzucali mocniejsze tempo na samym początku. Jankowski przycisnął przeciwnika, czeski "Wampir" był nawet liczony po silnej kombinacji. Umięjetny klincz i uszczelnienie obrony było kluczem do przetrwania pierwszego starcia. W drugiej odsłonie - znów przewaga Polaka bardzo wyraźna i mocna, znowu liczenie Slehobera - jednak zabrakło kończącego ciosu. W trzeciej rundzie obaj zawodnicy lekko opadli z sił, ale werdykt mógł być tylko jeden: jednogłośnie wygrywa Eliasz Jankowski. 3-0 dla Polski!

Michał Szmajda był kolejnym zawodnikiem, który wychodził do ringu z biało-czerwoną flagą. Ogun Sesli (Niemcy), z którym walczył - to doświadczony wojownik, przygotowany do zawodów i mający dobry przegląd walki. Polak zastąpił kontuzjowanego Leszka Kołtuna na tydzień przed galą, więc nie miał dużo czasu na przygotowanie taktyki - jednak w ogóle nie było tego widać. Twarde wymiany i wola walki podobały się publiczności. Choć parę kombinacji Niemca dotarło do celu i Szmajda był przez chwilę zamroczony, wychodził obronną ręką z opresji i ogryzał się mocnymi low-kickami. Wyrównany pojedynek, znów sędziowie mieli podzielone zdanie - jednak 2-1 uznali, że to Polak wygrywa.

Następną walką był pojedynek K-1 w 69,9 kg pomiędzy Robertem Żytkiewiczem a Bartoszem Pacco Kościelniakiem (Niemcy). Spiker zapowiedział, że to już 122 walka w karierze "Żytka", ale Kościelniak to także doświadczony zawodnik, bardzo silny fizycznie. Tę przewagę siły było widać od początku pojedynku - choć po jednej z wymian to właśnie Pacco doznał kontuzji (rozcięcie łuku brwiowego). Niemiecki narożnik poradził sobie z krwawieniem, a Żytkiewicz nie mógł znaleźć sposobu na rozpracowanie przeciwnika. Po przyspieszeniach i mocnych trafieniach kombinacjami - kontry Niemca były równie celne, a częste kolana i szeroki wachlarz technik bokserskich sprawiał bardzo dobre wrażenie. Nie tylko na mnie, gdyż sędziowie też uznali, że zwyciężył Pacco. 4-1 dla Polski w meczu, jeszcze niczego nie wiadomo...

Walka nr 7 to jeszcze cięższa formuła - Muay Thai. Rękawice skrzyżował Filip Rządek (Team Arkadia Sport Kalisz) z Czechem, Marcelem Tratnikiem. Rządek zaczął pojedynek z dużym respektem dla rywala - i lekko oddał mu pole. Choć umiejętnościami i siłą ciosu na pewno nie ustępował, nie umiał przejąć inicjatywy. Po wyrównanej rundzie nr 1 - to Tratnik w końcu przeprowadził destrukcyjną akcję - i Rządek wylądował na deskach. Choć sędzia jeszcze wznowił pojedynek, Polak nie zdołał opanować sytuacji. Kolejne kombinacje zakończyły walkę przed czasem, już w drugim starciu, a pojedynek polsko-światowy zmienił bilans na 4-2.

Pozostaliśmy przy Muay Thai w kategorii 70 kg w kolejnej walce. Tym razem na ring wszedł Marcin Parcheta z Nak Muay Szczecin. Kevin Weber z Niemiec nie stawił naszemu asowi zbyt dużego oporu. Choć podopieczny Marka Wołosewicza musiał być ostrożnym, by nie "wyłapać" żadnego zaginionego ciosu, jednak niczym profesor poprowadził ten pojedynek. Dobra kiwka, bezpieczne uniki - i bardzo dynamiczne przejście do klinczu i destrukcyjnych kolan. Po całej serii takich właśnie kolan - narożnik Niemca poddał swojego zawodnika, widząc przewagę siły i techniki Parchety. 5-2 dla Polski!

W walce nr pojawił się Michał Tomczykowski (Falanga Sochaczew). Choć pojedynek zakontrakowany był w kategorii 64 kg, Peter Zelina z Czech ważył parę kilo więcej. Ale to nie powstrzymało Tomczykowskiego - 2 miesiące ciężkich przygotowań musiały przełożyć się na dobrą walkę... Zeilna był około 20 cm wyższy od Polaka, jednak nie umiał wykorzystać tej przewagi. Od początku zawodnik z Falangi skracał z łatwością dystans i bił silnymi ciosami. Low-kicki aż huczały, uginając nogi Czecha co chwila. Kombinacje bokserskie zmuszały go do podnoszenia gardy wysoko, wtedy bezwględnie Tomczykowski bił na wątrobę. Liczony dwukrotnie Czech nie dał się jednak złamać - klinczował i umiejętnie chodził "na wstecznym", doczekując końcowego gongu. Jednak werdykt nie mógł być inny jak jednogłośnie zwycięstwo Michała Tomczykowskiego. Publiczność nagrodziła walecznego Polaka długimi oklaskami, a siła i technika zrobiła wrażenie na wszystkich. Czekamy na pojedynki o najwyższe trofea!

Walki rankingowo-meczowe kończył Rafał Waleczne Serce Petertil (Fighter Wrocław). Przeciwnikiem w walce K-1 81 kg był Koksan Orduhan, mający tureckie korzenie Niemiec. Petertil rozpoczął mocno i zdecydowanie, uzyskując przewagę od pierwszej minuty walki. Choć sztuczki Niemca były groźne, jednak Petertil pokazał swoje doświadczenie i dobre przygotowanie fizyczne. Low-kickami wymierzał karę za pajacowanie, kombinacjami bokserskimi podkreślał przewagę punktową. Po trzech rundach jednogłośny werdykt dla Polaka był formalnością, ale Orduhan nie tracił humoru, pokazując efektowną gwiazdę i szpagat. I jak dowcipnie uznał Tomasz Skrzypek, trener Fightera Wrocław - tytuł najlepszego akrobaty gali miałby zapewniony...

Po tych 10 walkach przyszedł czas na "main events", pojedynki wieczoru. W pierwszym z nich Paweł Wergi Jędrzejczyk (Puncher Wrocław) - walczył o tytuł Mistrza Świata WKN z Angelą Silvą z Portugalii (K-1, 82 kg). Wergi rozpoczął walkę dość spięty, a dramaturgia sięgnęła zenitu, gdy po uderzeniu głową Silva rozciął Polakowi łuk brwiowy. Sędzia musiał przerwać pojedynek, jednak Janusz Janowski okazał się nie tylko znakomitym trenerem, ale także cut-manem. Powstrzymane krwawienie i walka została wznowiona. A w niej Wergi miał przewagę fizyczną i techniczną - widoczną na każdym kroku. Parę razy wykonał ponowione akcje kolanem, za co sędzia dał mu upomnienie, a Angelo Silva tak się wystraszył, że chciał uciekać z ringu! Trener Portugalczyka zagrodził mu jednak drogę, a walka ponownie wróciła do ram przepisów. Czas w kolejnych rundach upływał, Jędrzejczyk szczelnie bronił rozciętego łuku, silnie atakując kolanami, low-kickami oraz kombinacjami bokserskimi. Wchodziły ciosy na korpus, a Portugalczyk tracił wszelką koncepcję. Choć w rundach 4 i 5 widać było zmęczenie obu zawodników - jednak przewaga wrocławianina nie ulegała dyskusji. Po ostatnim gongu to jego ręka powędrowała do góry, a Cezary Podraza założył mu pas Mistrza Świata. Gratulujemy!

Hala zaczęła wrzeć, gdyż zakończenie walki 11 oznaczało tylko jedno - teraz pora na danie główne, Tomasz Makowski (Gwardia Zielona Góra) vs. Patrick Carta (Włochy). Włoch to bardzo utytułowany zawodnik, to on bronił pasa mistrzowskiego i był faworytem międzynarodowych bukmacherów. Jednak w Polsce nikt nie miał wątpliwości, na kogo stawiać...

Popularny "Maku" rozpoczął od silnych low-kicków, po których Carta co chwila lądował na deskach, ścięty niczym siekierą. Nogi Włocha z każdą akcją wyglądały gorzej, zachodząc krwawymi siniakami. Jednak Carta pokazał niesamowity charakter wojownika - podnosił się po każdym upadku bez grymasu bólu, szybko i sprawnie. I starał się skracać dystans, przechodząc do twardych wymian bokserskich. Wraz z upływem czasu - wciąż nie było widać po Włochu efektów destrukcyjnych low-kicków Maka, twarda walka trwała nadal. Choć co do punktowej przewagi nie było wątpliwości, Carta był niebezpieczny do ostatniej sekundy pojedynku. Trafił kilka razy Polaka, choć zawsze Makowski nie pozostawał dłużny, bezlitośnie kopiąc wewnętrzne low-kicki. Piąta runda zakończyła się bardzo wyrównanym fragmentem, ale punktacja musiała być jednoznaczna: wszyscy trzej sędziowie ocenili każdą rundę na korzyść Makowskiego i ogłosili go Mistrzem Świata. Publiczność na stojąco zgotowała aplauz lokalnemu bohaterowi, a mieszkaniec Nowej Soli z trudem powstrzymywał wzruszenie. Podziękował sponsorom, trenerom i publiczności za fantastyczne wsparcie i podniósł mistrzowski pas w geście triumfu. A oklaskom nie było końca!

Fantastyczna gala potwierdziła, że lubuskie kickboxingiem stoi. Ponad tysiąc ludzi na hali wypełniło każde wolne miejsce, żywiołowe reakcje stworzyły niepowtarzalną atmosferę. Śliczne modelki, elegancki pensjonat dla zawodników i naprawdę dobry poziom sportowy wszystkich walk -  stworzył mieszkankę wybuchową prawdziwego widowiska. Retransmisja w TVP INFO, transmisja wyników na żywo w KiBo.pl - zadbały o medialność imprezy. No i sukcesy - Polska wygrywa mecz 7-2, Wergi i Maku wychodzą z pasami mistrzowskimi. Z mojej strony pozostaje tylko powiedzieć... czekamy na powtórkę!

Źródło: KiBo.pl / Jacek Brzeski